turkusowy-sweter blog

Twój nowy blog

Elefanten

1 komentarz


Byłam dziś w ZOO z moją najlepszą przyjaciółką (nie piszę tak wcale dlatego, że dziś dostała adres tego bloga;)), którą dalej będę nazywać Rudą Grażyną. Wyjście do ZOO miało mieć działanie terapeutyczne, jako że obie zmagamy się z wizją staropanieństwa oraz bezrobocia po uzyskaniu tytułu magistra biologii, a także obie jesteśmy na diecie (teraz pewnie pomyślicie, że Ruda Grażyna to moja wyimaginowana przyjaciółka, ale wcale tak nie jest… mam przynajmniej taką nadzieję), a jak wiadomo nic nie robi lepiej na wszystkie smutki jak oglądanie zwierzątek w klatkach. Niestety to, co miało uleczyć nasze dusze przerodziło się w prawdziwy koszmar, kiedy pod koniec wycieczki skierowałyśmy się do wybiegu dla słoni. Ruda Grażyna jakby przeczuwając nieszczęście mówiła, że nie lubi słoni bo są brzydkie. Ja jednak chcąc ją wyleczyć z moim zdaniem nieuzasadnionej niechęci do słoni, zaciągnęłam ją do tego wybiegu. Stałyśmy więc oglądając oraz komentując słoniową fizjonomię i wtedy zauważyłam coś co na początku wydało mi się trąbą, ale trąbą jednak być nie mogło bo było nie z tej strony. Tajemnicza druga trąba, jak się pewnie domyślacie, okazała się być ogromnym penisem (gdy uznałam go za ogromnego sięgał zaledwie do połowy słoniowych nóg). Zachwycona tym widokiem wyraziłam nadzieję na zobaczenie aktu seksualnego w wykonaniu tych ogromnych zwierząt (no wiecie, jestem biologiem). I tak jak moje prośby związane z życiem uczuciowym czy sprawami finansowymi są spełniane z niezwykłą opieszałością lub w ogóle nie są spełniane, tak moje życzenie wypowiedziane przy wybiegu dla słoni zostało spełnione w niemalże tym samym momencie (jeśli okaże się, że miałam jakiś limit życzeń i właśnie go wykorzystałam to będę bardzo wkurzona). „Druga trąba” zaczęła powiększać się sięgając teraz już prawie do ziemi, pani słonicy z dróg rodnych wypłynął jakiś litr śluzu i nastąpiła krótka kopulacja przerwana przez najwyraźniej znudzoną samicę, która postanowiła odejść na drugi koniec wybiegu dając tym samym do zrozumienia panu słoniowi, że na dziś to by było na tyle. Jednak wiadomo jak to jest z mężczyznami i aluzjami. Pan słoń niezrażony poszedł za swoją wybranką i najwidoczniej w trakcie tego spaceru przemyślał parę spraw, co zaowocowało podjęciem decyzji o przeprowadzeniu tym razem gry wstępnej za pomocą trąby (tej prawdziwej trąby), czyli tzw. trąbówki. Na pani słonicy jednak nie robiło to najmniejszego wrażenia i leżała dalej nie zamierzając dopuścić do siebie pana słonia. Wtedy przyszła druga pani słonica, która stanęła nad pierwszą panią słonicą, wypięła się i była chętna przyjąć zaloty pana słonia. Jednak pan słoń najwyraźniej nie był zainteresowany, czego wyraz dał robiąc ogromną kupę. I tak się to wszystko skończyło.
No i niestety moi drodzy, może nie będę dobrym biologiem, ale byłam tym całym aktem bardzo zniesmaczona i bardzo boli mnie to, że gdy zamknę oczy nadal to wszystko widzę. Na szczęście Ruda Grażyna podziela moje zniesmaczenie (nie, nie jesteśmy jedną osobą), więc na pewno jakiś morał jest z tej historii, ale nie wiem jaki.
Jedyne co pozostaje mi powiedzieć to: be careful what you wish for because you just might get it.

Piosenka na dziś:
Dido – Thank you (ze specjalną dedykacją dla Rudej Grażyny)

Miałam iść dziś wcześniej spać, albo chociaż wcześniej wejść do łóżka i w nim leżeć czekając na sen (ten do dziewiątej lub ten wieczny). Niestety zawsze, gdy sobie tak postanowię, moi sąsiedzi zapraszają wszystkich swoich znajomych, włączają bardzo głośno muzykę i nie wiem co robią. No bo co się robi jak nie można rozmawiać?
No i tak oto przypomniało mi się, że ostatnio umarłam blogowo. A szkoda, bo mimo, że teraz nikt tego nie czyta to po mojej śmierci na pewno będą czytać to miliony. A gdybym chciała zawieść miliony to bym została politykiem. Jeśli o politykach mowa to śnił mi się ostatniej nocy pan Michał Kamiński z PiSu… bardzo niepokojący sen. Tej nocy spodziewam się w snach pana Michała Rachonia przebranego za penisa („Putin to penis”).


Wróciłam z autostopowej podróży do Macedonii. Jestem w trakcie przepisywania naszych przygód z dziennika pokładowego do Worda. Ale wiadomo jak jest. Więc pewnie wspomnienia te pojawią się w okolicach Bożego Narodzenia razem z małym Jezuskiem i kto wie może wleją nam wszystkim, tyle samo co i on, szczęścia do serduszek.
Ale w wielkim skrócie (taki przedsmak), wygląda to tak:
W pierwszą stronę: Polska-Słowacja-Węgry (noc na granicy)-Rumunia (noc u rumuńskiej rodziny w ogrodzie)-Bułgaria (noc na dworcu w Sofii)-Macedonia (pięć nocy i sześć cudownych dni w Ohrid); propozycje seksu: 0, numery telefonów do nowych przyjaciół: dużo.
W drugą stronę: Macedonia (noc we wspaniałym górskim klasztorze, dzięki uprzejmości miłego pana Macedończyka)-Bułgaria (noc na dworcu kolejowym) – Rumunia (pół nocy na dworcu w Rumunii, następna noc w hostelu w Sibiu, następne trzy noce i trzy wspaniałe dni u koleżanki w Iasi)-Ukraina (noc w pociągu do Lwowa, następna noc we Lwowie u chłopaka poznanego przez hospitality)-Polska; propozycje seksu: 2 (przyjęte czy odrzucone, tego dowiemy się w następnym odcinku).

Ze spraw bardziej aktualnych to:
1. Jutro kończę wakacyjny kurs niemieckiego, a więc znów o krok bliżej do ślubu z bogatym Niemcem
2. 14 września jadę do Niemiec (cel powinien być jasny a jeśli nie jest to patrz punkt 1)
3. W Niemczech poszukiwanie męża będę niestety musiała przerywać chodzeniem na zajęcia, ale kto wie, może moim mężem zostanie pan Staniczek prowadzący zajęcia na temat ewolucji owadów uskrzydlonych (czy Staniczek to niemieckie nazwisko?)

A w ogóle to jest do dupy bo jestem starsza niż młodsza.

Piosenka na dziś:
Beirut – Nantes

Piosenka na każdy dzień:
Fiona Apple & Elvis Costello – I want you

Dziś po raz kolejny dowiemy się co by było gdyby było. Gdybym była bardzo egzaltowana i pretensjonalna (ale jak już wcześniej pisałam taka nie jestem, bo jestem sarkastyczną feministką) to by ta notka wyglądała tak:

„Jestem kamieniem
na podobieństwo twoich słów stworzona
Jestem kamieniem
Ja cała jestem z twoich słów ulepiona

Gdy ranisz mnie kolejny raz
nie czuję nic już nic
I rzucasz we mnie słowa kamieniem
słyszę tylko jak kamień uderza o kamień”

No ale, że jest jak jest to notka wygląda tak:
Była u mnie siostra, stworzyłyśmy sobie wspaniałą komunę w jej/moim mieszkaniu. Żyłyśmy jak prawdziwi hippisi, byłyśmy szalone i spałyśmy do 10.30! Jadłyśmy popcorn z mikrofalówki (nie chodzi o to, że bezpośrednio z mikrofalówki go jadłyśmy) i oglądałyśmy komedie romantyczne (ale te gdzie mówią brzydkie słowa i nie biorą ślubu na koniec). Szybko zleciało i odleciała.
A jutro ja jadę do Macedonii. Spontanicznie całkiem.


Nie pamiętam, co działo się w moim życiu kiedy ostatnio uraczyłam państwa notką. Jednak mam, co do tego pewne przypuszczenia. Myślę, że byłam starą panną wzruszającą się przy muzyce son, będącą na wiecznej diecie. No więc można powiedzieć że zmieniło się wiele. Odkryłam fado, dzięki czemu stanę się jeszcze bardziej egzaltowana niż byłam, na diecie już nie jestem bo naprawiłam rower i śmigam teraz po mieście stołecznym spalając pączki, w staropanieństwie miałam pewną przerwę ale ogólnie się go trzymam. Bo musi być coś stałego w życiu.
Byłam na Open’erze, tupałam radośnie na koncercie Prodigy, podśpiewując Smack My Bitch Up, jakbym znów miała jedenaście lat. Wspaniały powrót do krainy dzieciństwa. Jedyna różnica to taka, że teraz już rozumiałam tekst.
Pan Molko z Placebo, po spłodzeniu syna, najwidoczniej poczuł się mężczyzną (przynajmniej w 1/3, bo nie wiem jak miewa się sprawa domu i drzewa) i postanowił zerwać ze swoim androgynicznym wizerunkiem, co wyszło mu na dobre, a pomijając stronę wizualną to od strony muzycznej koncert też był bardzo dobry. Pani Maria Peszek była irytująca, pani Gaba Kulka natomiast była urocza, a Dżordż Majkel nie dojechał i nikt nie podjął się zaśpiewania „Last Christmas” zamiast niego.
Opaliłam się na brzoskwinkę, a teraz zrzucam skórę przygotowując się na kolejne dawki słońca, które pobierać będę w Macedonii, dokąd wybieram się już za parę dni za dni parę. Całkiem spontanicznie.
W sierpniu zaczynam kurs niemieckiego, a we wrześniu jadę do Niemiec zdobywać wiedzę z zakresu biologii ewolucyjnej, ale naprawdę jadę tam, bo liczę na to, że uda mi się odkopać prawdziwego dinozaura!
A aktualnie jest u mnie siostra, która przyjechała aż z Europy, więc idę się nacieszyć jej obecnością.

Piosenka na dziś:
My Best Wasn’t Good Enough – Anouk


Jest burzowo i deszczowo. Gdybym była egzaltowaną nastolatką napisałabym, że tak samo jest w moim sercu. Ale wiadomo, że jestem bardzo cyniczna, jako że cynizm został przez większość ankietowanych uznany za objaw inteligencji, a nastolatką już nie jestem. Więc nie napiszę nic o mojej sytuacji sercowej.
Napiszę wam za to, że wyszłam na ten deszcz w bardzo ciemnych jeansach i po powrocie do domu okazało się, że moje nogi zafarbowały na granatowo.
Potem zrobiłam coś, co miało być kurczakiem z brzoskwiniami, a wyszedł kurczak w pierzynce z mącznego gluta. Czasami są takie dni, że wszystko nie wychodzi. Ale myślę, że jest to zwiastunem dni, kiedy wszystko wyjdzie. Do tego jeszcze ta burza, po której może być tęcza, a na końcu tęczy, jak wiadomo, jest garnuszek ze złotem. A garnuszek ze złotem może nie załatwiłby wszystkich moich problemów, ale poradziłby sobie z niektórymi z nich. Więc z nadzieją patrzę w przyszłość. Jak zawsze.

Dziś w moim mieszkaniu odbyły się generalne porządki. Bilans jest taki:

zabitych – jeden rybik
znalezionych – 100 euro i różowe okulary w stylu Miami Vice
wyrzucone – plakat z Usherem i nalepki z Piaskiem
wyrzucone, lecz po chwili wyjęte ze śmietnika – zestaw nalepek z Króla Lwa

Piosenka towarzysząca:
jak zwykle w takich chwilach – Lambada :)

porcelana

5 komentarzy

„Myślałam zimna, twarda będę jak stal, pomyliłam się bo jak porcelana krucha jestem”

Przetestujmy się!
www.akademiajezykapolskiego.pl

Potem będzie można się zadumać nad losem języka polskiego i obiecać sobie poprawę oraz regularne czytanie Mickiewicza, Miłosza i wszystkich na literę M.

Czas wracać do domu.

Piosenka na dziś: You’ve Got to Hide Your Love Away” w wykonaniu Eddiego Veddera

Udało mi się dolecieć do Londynu (mimo, że samoloty Wizz Airu to straszne bydłowozy i po raz pierwszy przygotowywałam się już w duchu do zakładania kamizelki ratunkowej).
Po moim pierwszym pobycie w Londynie (jakieś pięć lat temu) uważałam, że jest to najgorsze miasto na świecie. Brudne, drogie, przeludnione i nawet bezdomnym kradną tu buty (zobaczyłam bosego bezdomnego z karteczką, która głosiła, że ktoś ukradł mu buty). I taką wizję tego miasta nosiłam w sercu przez te pięć lat. Dlatego też nie byłam zachwycona gdy moja siostra oznajmiła że wyprowadza się do Londynu, ale jako, że siostrę kocham postanowiłam mimo dumy i uprzedzenia pojechać ją odwiedzić. I stała się rzecz niesłychana. Zakochałam się w Londynie. Nadal uważam, że nie jest to miasto w którym mogłabym mieszkać (chociaż nie jestem tego już taka pewna jak kiedyś), ale bardzo Londyn polubiłam. I nieprawdą jest że nie ma takiego miasta – Londyn i jest tylko Lądek lub Lądek Zdrój!
Nigdy nie lubiłam uogólnień, ale trudno nie dostrzec zasadniczych różnic między Warszawą (i większością miast w których byłam) a Londynem. To co od razu mnie uderzyło to, to że w Londynie ludzie zachowują się o wiele spontaniczniej, częściej się do siebie uśmiechają (w Warszawskim metrze tylko raz ktoś się do mnie uśmiechnął, a jeżdżę nim często… ale to może też być wina mojej nieprzyjemnej powierzchowności), a w autobusach jest głośno (tym głośniej im bliżej jest się południowej części miasta). Nie wiem dlaczego tak jest, może dlatego, że jest tu więcej młodych ludzi i mniej babć które uciszają innych w autobusie, gdy nie da się już zupełnie skupić na tajemnicach różańca, a może to wynik mieszanki kultur i temperamentów, a może i to i to. Cokolwiek by to było sprawia, że chodząc po ulicach Camberwell, gdzie stanowię białą mniejszość, czuję się o wiele swobodniej niż w rodzinnej Warszawie.
Poza tym to co mi się też bardzo podoba w Londynie to to, że o wiele więcej się tu dzieje niż w Warszawie, jest dużo rozmaitych klubów, stowarzyszeń itp. do których można wstąpić, w większości muzeów wstęp jest za darmo, a w pubach jest o wiele weselej (i nie wolno palić!). W Warszawie tak fajnie robi sie tylko w lato, kiedy jest dużo plenerowych pokazów filmów, koncertów, festiwali itd.
No ale Londyn ma też swoje wady: jest brudno, strasznie tłoczno, no i sprawa transportu – światła zmieniają się jak chcą a ludzie przechodzą przez ulicę kiedy chcą, a ci którzy stoją na czerwonym i czekają na zielone na 99% są turystami, autobusy jeżdżą też jak chcą (nie widziałam ani razu aby pan kierowca zamknął komuś drzwi przed nosem, tu czeka się na wszystkich, tak więc trzeba uzbroić się w cierpliwość czekając na autobus czerwony), można pójść do metra, ale tu z kolei ludzie nie mają tej magicznej zdolność kompresji, którą już w pewnym stopniu posiedli Warszawiacy, a której sekretem jest przesuwanie się w wagonie ku środkowi, a nie stanie przy drzwiach. Tak więc, w godzinach szczytu do metra raczej ciężko wsiąść, mimo iż w wagonach jest dużo wolnego miejsca. No i też wysiadanie na chwilę z autobusu, znane i lubiane w Polsce, aby przepuścić innych którzy chcą wysiąść, nie jest tu zupełnie popularne. Można wręcz być uznanym za zboczeńca i wichrzyciela gdy się coś takiego zrobi. Tak więc są plusy i minusy. Jak zawsze.

A no i byłam w Muzeum Historii Naturalnej i widziałam Płetwala B., ale wcale nie miał moim zdaniem 28 metrów, góra 10, a poza tym tuż przed nim padły mi baterie w aparacie więc ogólnie jak to zwykle bywa – biednemu wiatr w oczy.

Piosenka na dziś:
„Don’t give up on me” – Solomon Burke

lambada

3 komentarzy

Gdy byłam w wieku przedszkolno-wczesnopodstawówkowym furorę robiła piosenka „Lambada” (robiła furorę przez parę dobrych lat), a razem z nią spódniczki lambadówki. Spódniczki takie miały fajne grube czarne gumki i na tych gumkach często było napisane „lambada” i mogły mieć frędzle a mogły ich nie mieć (opisuję lambadówki, które nosiło się u mnie na osiedlu i które miały się nijak do prawdziwych lambadówek w których tańczy się lambadę, ale ja i moja siostra o tym nie wiedziałyśmy). Każda dziewczynka chciała mieć lambadówkę. To był czas, kiedy moja mama jeszcze lubiła szyć i któregoś dnia mama kupiła taką super czarną gumkę i uszyła mi i mojej siostrze po lambadówce. I powiem wam jedno. Nasze lambadówki były najfajniejsze i najfajniej się kręciły. Wiedziałyśmy o tym my i wiedzieli o tym wszyscy.

I teraz, kiedy jestem zestresowana wyjazdem do Londynu, piosenka „Lambada” znów robi furorę (w moim mieszkaniu).

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego to wszystko opisałam. Otóż moi drodzy, też się nad tym zastanawiam.

Piosenka na dziś:
Lambada – Kaoma


  • RSS