turkusowy-sweter blog

Twój nowy blog

Belgia

5 komentarzy

Udało się. Jestem w Belgii (i będę do lipca). Póki co męczą mnie dwa pytania:

1. Jak to jest, że gdy jadę na rowerze do szkoły to jadę po górkę, a gdy wracam tą samą drogą to też jadę pod górkę.

2. Dlaczego fusy z kawy czasami opadają na dno kubka i tworzą tam taką jedną warstwę, a innym razem nie chcą opaść i tworzą taką warstwę na moich zębach?

To tyle, bo muszę jechać (pod górkę) na zajęcia.

Banalny słońca wschód
Przewidywalny zachód
Poranki nie cieszą mnie
Rozczarowują noce
Nudzi mnie Nowy Jork
Nie zachwyca Paryż
Styczeń, luty, maj
gdzieś zgubiłam marzec

Mija kolejny dzień
Lato wypiera wiosnę
Za oknem śpiewa ptak
Dzieci sąsiadom rosną
Drogi zasypał śnieg
Chyba przyszły święta
Kolęda, kolęda
Juz wiem, że nigdy nie będziesz mój

Późno już
Chodźmy spać

Helloween

5 komentarzy


- Łakocie albo psikus
- Nie mam cukierków, ale mogę wam dać po skórce od chleba! Hej! Czy wiecie, że gdy będziecie ją żuć wystarczająco długo, skrobia zostanie rozłożona, dzięki amylazie ślinowej, do glukozy i poczujecie słodki smak?

Tak mogłam zrobić. Ale na szczęście zaskoczona po zobaczeniu przez wizjer tłumu dzieci wpadłam na o wiele lepszy pomysł. Udawałam, że mnie nie ma. Boję się dzieci, więc nawet jakbym miała cukierki to bym pewnie nie otworzyła drzwi. A, że jedyne co mogłam dziś dzieciom zaoferować to otręby albo po ziemniaku, to tym bardziej nie chciałam narażać się na ich gniew. Niestety obawiam się, że po głośnej muzyce domyśliły się mojej obecności i w akcie zemsty nasrały mi na wycieraczkę (to ten obiecywany psikus), ale nie będę tego sprawdzać dzisiaj, bo mogą się jeszcze czaić za rogiem.

Nagrałem też, z kilkutygodniowym zapasem, audycje dla radia. Udzielałem tych samych rad wszystkim bez wyjątku: niedoszłym samobójcom, rozczarowanym stalinistom, zdradzonym mężom, kobietom chorym na raka, zapoznanym autorom i wynalazcom, którym skradziono patent. Ten świat – przekonywałem – nie jest naszym światem, nie my go tworzymy i nie mamy możliwości, by go zmienić.  Najwyższe Moce dały nam tylko jeden dar: możność wyboru, wolność wybierania pomiędzy jednym nieszczęściem a innym, pomiędzy jednym złudzeniem a drugim. Radziłem: najlepiej nie robić nic. Ukułem nawet swoją własną dewizę: „Nie ma niczego lepszego niż nic”. W końcu większość z Dziesięciorga Przykazań zaczyna się słowami: „Nie będziesz”.*

Robię więc nic i czekam na rozwój wydarzeń.

Piosenka na dziś: Little Lion Man – Mumford & Sons

* „Meszuge” Isaac Bashevis Singer

PMS

6 komentarzy

I don’t care. Weddings should be ugly, to suit what comes after. A beautiful wedding is a lie. It shouldn’t be beautiful like in a book. Novels are lies, lies upon lies.”* – to jeśli chodzi o życie uczuciowe. Nie moje przemyślenie, ale jak moje.

W życiu naukowym dzieje się więcej. Przeczytałam dziś jakiś idiotyczny artykuł, z Acta Veterinaria Scandinavica, o szczęśliwych krowach i szczęśliwych rolnikach. Mam pewne podejrzenia, że był to artykuł sponsorowany, chociaż pod koniec autorzy twierdzą, że wcale tak nie jest. Artykuł mówi o tym, że dobrze jest dla cielątka, jak zostaje z mamą do przynajmniej 6-8 tygodnia życia, ssie cyca i bawi się z innymi krówkami ze stada. U cieląt takich zaobserwowano większy przyrost masy ciała oraz o wiele mniejszą liczbę zachorowań na przeróżne świństwa (kto by się spodziewał), w porównaniu do tych zabieranych mamusi i karmionych preparatem mlekozastępczym. Autorzy nie wiedzą co odpowiada za tak zaskakujące wyniki (najprawdopodobniej magia), ale uważają, że skoro tak jest to lepiej nie zabierać krówek mamom, bo i krowa szczęśliwa i rolnikowi się lepiej pracuje gdy krowy nie zawodzą smętnie w oborach. Życie jest takie proste jak się mieszka w Norwegii.
Drugi artykuł, który dziś przeczytałam był bardzo ciekawy, ale niestety dopiero po przeczytaniu, zauważyłam, że ukazał się 20 lat przed moim urodzeniem. Tak więc chyba też nie zdecyduję się na zaprezentowanie go na poniedziałkowym seminarium.
Ale oczywiście nie był to czas stracony bo przynajmniej wiem jak powiedzieć serwatka i kojec po angielsku.

* The romance reader” Pearl Abraham


PS. tak na prawdę to jestem bardzo szczęśliwa, tylko chwilowo mam PMS, jest zimno i otarło się dziś o mnie za dużo ludzi


Co za dzień. Barack dostał pokojowego Nobla. NASA, aby uczcić ten fakt, dokonało pokojowego bombardowania księżyca, pokazując innym krajom, że bombardować można też pokojowo i wyznaczając tym samym nowy trend w działaniach zbrojnych (agresja przeniesiona?).
Ja natomiast piekę ciasto ze śliwkami, jako, że śliwki cały czas jeszcze za 2,50 za kg.
Na bazarku pan sprzedający warzywa obraził się na panią, która obeszła cały bazarek zanim zdecydowała się kupić u niego koperek. Gdy wróciła do jego stoiska, mówiąc, że jednak takiego ładnego koperku to nikt nie ma, pan powiedział, że teraz to już jej go nie sprzeda. Pani na początku myślała, że pan żartuje, ale ten był absolutnie poważny. I dobrze. Nikt nie będzie zadzierał z jego warzywami.
Zapisałam się, z moja jedyną koleżanką Rudą Grażyną (jedyną, która jest widzialna), na jogę. Muszę wam powiedzieć, że nie polega to, tak jak mi się wydawało, na siedzeniu po turecku, oddychaniu i łączeniu się ze wszechświatem. Aby mieć otwarte czakry trzeba się moi drodzy nieźle napracować. Dziś boli mnie absolutnie wszystko: nogi - po spektakularnym powrocie (po rocznej przerwie) do biegania oraz cała reszta - po jodze.
Obawiam się, że nawet Barry White mnie dziś nie uratuje, dlatego udam się, opić te wszystkie highlighty dzisiejszego dnia, do mojego jedynego kolegi Michała (jedynego który nie jest z modeliny, a także nie jest rośliną).

Słucham:
Barry White – I Get off on You

The Origin of Species

1 komentarz

Wróciłam z lepszego, zachodniego świata do smutnej Polski, która jedyne, co ma mi do zaoferowania to: deszcz, menele oraz smutna wizja nieubłaganie zbliżającego się dorosłego życia. Warunki takie bardzo sprzyjają różnym przemyśleniom i tak też było w moim przypadku. Od rana chodził za mną temat meneli, po tym jak Ruda Grażyna opowiedziała nam historię pana menela z autobusu, który próbował się ukryć przed strażą miejską chowając głowę w golfie. Jak wiadomo w straży miejskiej pracują jednak same bystrzachy i trik się nie udał, panowie powiedzieli że widzą pana menela więc, żeby lepiej przestał się chować. Tak czy siak nice try panie menelu.
Wieczorem postanowiłam przedyskutować sprawę mojej przyszłości jako absolwentki biologii z ukochaną siostrą. Ukochana siostra jak to ukochane siostry zawsze służy dobrą radą i wsparciem, tak też było i tym razem. Na moje rozpaczliwe pytanie „co mam zrobić?” odpowiedziała krótko i rzeczowo „zesrać się i tak chodzić”. I nagle zdałam sobie sprawę, że oto właśnie przypadkowo odkryłam skąd biorą się menele. Są to po prostu ludzie, którzy kończąc studia dostali właśnie taką radę i z braku lepszych, postanowili wcielić ten pomysł w życie. Tak więc, następnym razem gdy zobaczycie na ławce menela chowającego się w golfiku, pomyślcie, że prawdopodobnie jest to absolwent jakiegoś idiotycznego, nikomu niepotrzebnego kierunku, który rozmyśla czy robić doktorat, czy może zostać sekretarką. A nic nie robi lepiej na rozmyślania jak lampka taniego wina „Leśny dzban”.
Myślę też, że można już spokojnie uznać teorię Rudej Grażyny, jakoby menele pączkowali ze śmietników, za obaloną.
Pozdrawiam,
Wasz pogromca mitów.

Słucham:
The Phantom Of The Opera (soundtrack)

Czytam:
„The romance reader” – Pearl Abraham

Dobre: gorąca czekolada podawana na śniadanie w hotelu, Müllermilch – smak orzechowy, malinowy Diät Quark
Już nie takie dobre: Fleischsalat, Kartoffelsalat oraz sałatka krewetkowa z Penny Marktu

Ale najgorsze ze wszystkiego było połączenie Fleischsalat z malinowym Diät Quarkiem co popełniłam przed chwilą, jako że wróciłam z zajęć bardzo głodna i postanowiłam zjeść na raz wszystko co sobie zakupiłam na obiad. Gdy okazało się, że Fleischsalat jest wyjątkowo niesmaczna natychmiast zabrałam się za jedzenie malinowego twarożku, aby zabić smak sałatki.
Bardzo dziwnymi torami podążają moje myśli, gdy jestem głodna.
Poza tą wspaniałą podróżą kulinarną (bardzo możliwe, że okaże się być to podróż w dwie strony), zabiłam dziś pantofelka i oglądałam pod mikroskopem jego agonię. Powiem wam, że wcale nie jest tak łatwo zabić pantofelka, musiałam parę razy przyciskać go szkiełkiem nakrywkowym i zabierać mu wodę chusteczką, aż w końcu pękł (dosłownie) i zaczęły się wylewać z niego różne różności. Myślę, że karma dopadła mnie w postaci dzisiejszego obiadu. Mam nadzieję, że morał tej historii jest dla każdego jasny. 

Teraz powinnam się uczyć, ponieważ jutro mamy egzamin końcowy, ale boli mnie brzuszek i nie wiem czy czytanie o ewolucji widłaków przyniesie mi ulgę.

Piosenka na dziś:
Erykah Badu & The Roots – You got me


Dziś zabrano nas na odkrywkę, gdzie każdy mógł odkopać sobie dinozaura. Mi udało się wydzióbać za pomocą młotka tylko parę amonitów i to niezbyt urodziwych. Mimo wszystko jestem z siebie bardzo dumna i uważam, że amonit jest dobry na początek mojej paleobiologicznej kariery (aczkolwiek Słowenka znalazła rybkę, więc trochę jestem wkurzona).
Dziewczynka od widelca spina już włosy gumką.
Jestem przeziębiona, więc postanowiłam nie iść na przyjęcie u Rene (to nie jest chyba niemieckie imię?). Wzięłam magiczne pastylki poprawiające humor i zamierzam spędzić piątkowy wieczór w piżamce z książką. Niedługo dostanę od Dunki książkę, którą znalazła na ławce w Edynburgu w ramach bookcrossingu. Idea bookcrossingu wydaje mi się bardzo ekscytująca.
To tyle.

Piosenka na dziś:
Nouvelle Vague – So Lonely

Stało się to, co było zapowiadane od dawna. Wyjechałam na trzy tygodnie do Niemiec. Najpierw pojechałam z trójką znajomych do Berlina, aby wreszcie zrobić sobie wspaniałe zdjęcie z Reichstagiem w tle. Niestety w natłoku atrakcji oferowanych przez to miasto o zdjęciu zapomniałam. Będę więc musiała wrócić i mam nawet dokąd. Jako, że zmuszona byłam do dużych oszczędności postanowiłam nie zatrzymywać się z moimi znajomymi w tęczowym hostelu (Regenbogenfabrik) tylko znaleźć przez hospitality kogoś, kto mnie przyjmie do siebie. Mimo sporej liczby wysłanych zapytań udało mi się znaleźć tylko jednego hosta, który mógł mnie przyjąć na trzy dni, jako, że później wyjeżdżał do Bawarii, ale dobre i to. Zatrzymałam się więc u Juliana, który ze względu na posiadanie polskich rodziców w miarę dobrze mówił po polsku (oczywiście zdarzały się wpadki jak: „życzę wam dobrego głodu”). Tak więc pierwszy berliński wieczór spędziłam przy Tyskim zakupionym specjalnie dla mnie (abym czuła się jak w domu) z Julianem i jego bratem. Następnego dnia przyjechał jeszcze ojciec Juliana, ochrzczony przeze mnie i moich znajomych na potrzeby moich opowieści Marianem-Stefanem (była to sprytna koncepcja koleżanki A., która uznała, że skoro imiona synów kończą się na -an to ojciec na pewno też takie imię nosi). Gdy wróciłam do domu Juliana nie było, więc zostałam zaproszona przez Mariana-Stefana na wspólne jedzenie polskich śliwek w kuchni. Okazało się to jednak podstępem, który miał na celu zwabienie mnie do kuchni gdzie Marian-Stefan wyciągnął z kieszeni kserówkę z fragmentem jakiejś polskiej lektury i rozpoczął czytanie, a ja miałam zgadywać co to. Na szczęście Marian-Stefan najprawdopodobniej nigdy nie był nauczycielem i podczas czytania trzymał kartkę tak, że mogłam zobaczyć, iż jedna z postaci nosi imię Balladyna. No i dzięki temu szwindlowi zdałam test (uprzedzając pytania – tak jest mi wstyd). Żyło nam się cudownie w tej prawie polskiej (współlokatorka Juliana była jedynym prawdziwie niemieckim elementem) komunie, ale czas rozstania nieubłaganie się zbliżał. Okazało się, że Julian wyjeżdża do Bawarii, aby stamtąd lecieć na pół roku do Ameryki Płd. Ostatniego wieczora oddałam więc Julianowi klucz który wcześniej dostałam, ale Julian zwrócił mi go mówiąc, że właśnie rozmawiał ze swoją współlokatorką i jeśli chcę to mogę tu zostać do końca mojego pobytu w Berlinie. Współlokatorka też wyjeżdża, więc będę w mieszkaniu sama. Oczywiście przystałam na tę propozycję i tak oto przez parę dni mogłam poczuć się jak posiadaczka m3 w Berlinie. Podróż z Berlina do Stuttgartu na tylnym siedzeniu Audi A4 odbyła się dzięki wspaniałemu serwisowi jakim jest Mitfahrzentrale.
W Stuttgartcie okazało się, że najprawdopodobniej ludzie odpowiedzialni za sprawy finansowania nauki w UE zrozumieli jak ważni dla świata są młodzi biolodzy i zostaliśmy zakwaterowani w bardzo ładnym hotelu (bez „s” po „o”), więc chwilowo wreszcie czuję, że jestem w odpowiednim dla księżniczki miejscu. Dziś pani z recepcji pożyczyła mi kabel do Internetu i tak oto mogłam się wreszcie połączyć ze światem. Za chwilę niestety będę musiała połączyć się także ze światem nauki i zacząć czytać artykuły o interakcjach między roślinami i owadami zapylającymi, albowiem niestety okazało się na dzisiejszych zajęciach, że mój botaniczny angielski nie istnieje. Tak więc i tym razem wrócę z Niemiec z o wiele bogatszym słownictwem, dzięki czemu będę mogła prowadzić niezwykle fascynujące konwersacje, na temat płatków, przylistków i widłaków, z poznawanymi obcokrajowcami.
Ostatnia rzecz, o której jeszcze nie wspomniałam to inni uczestniczy kursu. Poza mną z Polski są jeszcze trzy osoby, z których jedna to doktorant wiedzący wszystko na każdy temat i znający się na wszystkim najlepiej, a do tego wyglądający jak Dudley Dursley z Harrego Pottera. Polacy bardzo dużo narzekają i przeważnie są niezadowoleni. Pierwsze pytanie, jakie zostało mi zadane po pierwszym dniu zajęć to: „i co? załamana?”, moja odpiwedź „nie, dlaczego?” została potraktowana jako wyszukana ironia i skwitowana porozumiewawczym uśmiechem. Resztę grupy stanowią głównie Niemcy (poza Słowenką i Dunką) i jest to w tym roku bardzo sympatyczna grupa. No dobra… trochę boję się dziewczynki, która dziś przyszła na zajęcia z widelcem wsadzonym we włosy.

Piosenka na dziś:
Aretha Franklin – Don’t play that song


  • RSS