Zakończyłam mój niepokojący i depresyjny romans z mrocznym K. z Polski, który najlepiej czuł się w ciemnym pokoju słuchając Cradle of Filth. Myślałam, że dorośli ludzie nie słuchają tego zespołu (?).

Przerzuciłam się od razu na wesołych ludzi z różnych ciepłych krajów. Zaczęłam od wycieczki do Brukseli gdzie przez Hospitalityclub znalazłam sobie bardzo miłego przewodnika, który okazał się być Nigeryjczykiem od 9 lat mieszkającym w Belgii. Spędziliśmy cudowny dzień, poszliśmy do Atomium, obejrzeliśmy kościół na który można nasikać (publiczne pisuary, rzecz bardzo powszechna w Belgii, wbudowane są w ścianę kościoła), obejrzałam cały sikający brukselski trójkąt, czyli: sikający chłopiec, dziewczynka i pies (tak, tak, jest też dziewczynka i pies), poszliśmy na mały window-shopping do dzielnicy czerwonych świateł, a potem poszliśmy do pubu gdzie dołączyła do nas kolejna dziewczyna z Hospitalityclub – Belgijka z korzeniami w Ghanie, mająca polskiego chłopaka i uwielbiająca krupnik (!). Piłam piwo o smaku mango podawane w miskach, a na koniec mój nigeryjski przewodnik dał mi wielką paczkę czekoladek i odprowadził na pociąg do Gent.
Do Gent przyjechała do mnie Ruda Grażyna i dzięki kaszlącemu wulkanowi została tu dłużej niż było to w planach.
W czasie jej pobytu mój niepokojąco powiększający się tyłek przyciągnął kolejnych dziwnych ludzi. Rano, gdy zobaczyłam, że skończył się nam papier toaletowy, jako przykładna pani domu wybiegłam w bluzie, bez makijażu do sklepu i wracając z wielką paką papieru pod pachą poznałam przemiłego dealera narkotyków z Surinamu. Stał pod piekarnią i zagadał do mnie po niderlandzku, ale gdy powiedziałam, że nie mówię po niderlandzku od razu przerzucił się na angielski i postanowił odprowadzić mnie do domu, w czasie czego wywiązała się bardzo ciekawa konwersacja. Thoma (bo takie było jego street name, wiecie, każdy gangster musi je mieć) spytał skąd jestem, gdy dowiedział się, że z Polski powiedział, że jego najlepszy przyjaciel jest z Polski. Spytałam więc jak to się stało, że jego najlepszy przyjaciel jest Polakiem, a on odpowiedział, że to było wtedy jak miał 17 lat, rzucił szkołę i handlował narkotykami no i Kamil akurat był w Belgii i chciał kupić zioło no i tak się poznali i okazało się, że bardzo dobrze się dogadują więc zostali przyjaciółmi. Najważniejsze to mocne fundamenty przyjaźni.
Teraz chwilowo jestem uwikłana w Turecko-Chińską tragedię (zobaczymy w ilu aktach). Ale to temat na następną notkę, bo jednak muszę się tu też uczyć i właśnie lecę na uczelnię spędzić przemiło czas z klootzakami* z mojej grupy.

* klootzak = asshole (a w zasadzie dosłownie to znaczy worek na jajka, czyli w Belgii jeśli kogoś nie lubisz nazywasz go moszną)

Piosenka na dziś: Nina Simone – I put a spell on you