Jednym z powodów, dla których wyjechałam z Polski, była chęć ucieczki od problemów (nawet jeśli tylko na chwilę). Myślałam, że uda mi się odetchnąć od wszelkiego rodzaju problemów, od naukowych zaczynając – bo przecież wiadomo, że na Erasmusie się nie trzeba uczyć… ha ha! kochani, ostatnio tak zakuwałam na drugim roku studiów! Myślałam też, że przede wszystkim zostawię za sobą tę przedziwną siatkę romansów, którą zaczęłam tworzyć w mojej warszawskiej rzeczywistości i która nie dość, że wcale mnie nie satysfakcjonowała, to zaczęła doprowadzać mnie do furii. No więc i w tym wypadku poniosłam klęskę, a nawet chyba zaczęłam robić dookoła siebie o wiele większy emocjonalny bałagan, niż ten przed którym uciekłam. Wydaje mi się, że ja inaczej nie umiem. I’m only happy when it rains, I’m only happy when it’s complicated.

Konkluzja jest taka, że na dłuższą metę nie da się uciec przed problemami, bo jeśli tylko na chwilę się gdzieś zatrzymujemy to zaczynamy budować sobie te same problemy, które mieliśmy poprzednio, żeby poczuć się jak w domu.
No chyba, że jest się cały czas w ruchu. Może jest tak jak jest napisane w Biegunach: zło ma największą moc, gdy człowiek stoi w miejscu?

Piosenka na dziś:
Mark Knopfler – Whoop De Doo

PS. Tak, docierają do mnie informacje z Polski. Tak, jestem w szoku. Nie, nie zamierzam o tym pisać notki.