„His proper English – devoid of any slang – is good enough for classes but not for intimacy. And his jokes, when translated, are no longer funny. The world is going on without me, he tells himself” – mniej więcej tak się czuję.

ale przynajmniej nie jest tak:

Basia:
I co jej powiedziałaś?
Kinga:
ze jest rude
Kinga:
i ze mam dosc tego ze bully wszystkich

Rozpoczęłam pracę w laboratorium. Mam pod opieką stado przesympatycznych nicieni. Myślę, że opieka to jedna złe słowo, bo wszystko zabiegi, jakim poddaję moje nicienie, prędzej czy później doprowadzają do ich śmierci. Niby nie powinnam mieć wielkich wyrzutów sumienia, bo skoro pozostało im tylko 7 dni życia, to co to za różnica, ale jednak gdy życie trwa łącznie dni 11, to sprawa wygląda nagle zupełnie inaczej. Widzicie moi drodzy, jakie wszystko jest względne?
Pierwszy dzień w laboratorium był jak przedsionek piekła, pracowałam bez przerwy przez 6,5 godziny. Dosłownie bez przerwy. Nie mogłam pójść nawet do toalety, ponieważ robiłam 5 rzeczy jednocześnie, a do tego pracowałam na (jeszcze) żywych nicieniach, więc ze wszystkim trzeba było się spieszyć. Gdy o 20.30 wróciłam do domu chciałam tylko umrzeć. Ale z każdym następnym dniem robiło się coraz lepiej. Teraz wiem już co gdzie jest, co jak działa i nawet zaczynam rozmawiać z moim opiekunem na tematy pozazawodowe.
Tak więc, nie jest tak źle na tym zachodzie całym, ale nie jest też tak dobrze.

No i przeszłam na dietę, bo uznałam, że jednak picie piwa i opychanie się frytkami może pokrzyżować moje plany bogatego zamążpójścia. Chociaż może się mylę, bo przecież nie od dziś wiadomo, że „baba gruba – chłopa chluba”.

Piosenka na dziś:
Glen Hansard and Marketa Irglova – When Your Mind’s Made Up