turkusowy-sweter blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2010

Dałam jeszcze jedną szansę belgijskim imprezom. Tym razem uznałam, że po prostu wpadnę na jednego drinka i po godzinie wrócę do domu. Ci co już swoje przeżyli pewnie domyślają się, że zostałam do szóstej. Było wspaniale. W Gent zaczęła się wreszcie wiosna, można było siedzieć przed klubem w bluzce na ramiączkach. No chyba, że się akurat nie miało takiej bluzki, to wtedy nie. Ja na szczęście miałam bo coś przeczuwałam.

Z całego tego szczęścia postanowiłam zaprzyjaźnić się z Grekiem i myślę, że idzie nam świetnie. Dziś rano po pięciu godzinach snu i z niewielkim kacem tłumaczyłam mu na czym polega utwardzanie tłuszczów roślinnych oraz destylacja. W następnej lekcji chemii opowiem o powstawaniu kożucha na mleku. Oczywiście Grek i tak się wykłócał i mówił, że to nie tak, ale byłam nieustępliwa.

Rozmawialiśmy o alkoholach i Grek stwierdził, że wino i Tsipouro (grecki wysokoprocentowy – ok.45% – alkohol) to jedyne naturalne alkohole, bo nie używa się do ich produkcji chemii i powstają same (?) No więc pytam jak to powstają same? A on na to że po prostu coś się dzieje z winogronami i powstaje alkohol. No to zaczynam tłumaczyć, że to fermentacja i że to drożdże tak działają, ale że jeśli Tsipouro jest takie mocno to musi być destylowane też. Na co Grek: desty co? I że nic takiego się na pewno nie dzieje. Bo to można robić w piwnicy nawet. Więc spytałam jak w takim razie się robi ten alkohol. Grek na to, że jest taki piec i się gotuje i potem się zbiera tę parę… Tak Theodorze, to właśnie jest destylacja.
Ale mam poczucie misji. Zawsze kręcił mnie pozytywizm i praca u podstaw.

„We know only  four boring people. The rest of our friends we find very interesting. However, most of the friends we find interesting find us boring: the most interesting find us the most boring. The few who are somewhere in the middle, with whom there is reciprocal interest, we distrust: at any moment, we feel, they may become too interesting for us, or we too interesting for them.”*

*Samuel Johnson is indignant – Lydia Davis

K. czytając „Flanders Today”:
- O! Oni też tu mają dziury i mają je w dupie.

Ludzie w Belgii są bardziej podobni do nas niż nam się wydawało.

Moja siostra w końcu nie wytrzymała i zrobiła awanturę swojej współlokatorce. Wiadmo było, że tak się to skończy i dziwię się, że stało się to dopiero teraz. Ja myślałam, że trzymam nerwy na wodzy jeśli chodzi o naszego współlokatora Greka, który o wszystko pyta jednocześnie na wszystko mając odpowiedź. Pyta oczywiście tylko po to, żeby Ci powiedzieć, że tego się tak nie robi i że on wie lepiej (no albo, że w Grecji robi się to tak… chociaż wiadomo, że w Grecji się nic nie robi bo się strajkuje).
Jednak zauważyłam, że od jakiegoś czasu Grek nie zadaje mi już pytań (mimo, że widzę, że czasami bardzo chce) i jakby mnie unika. I teraz mi się przypomniało, że przecież rzeczywiście zagroziłam mu, że go zabiję, kiedy ostatnio obierałam pomarańczę i zaczęłam od nacięcia skórki nożem a on spytał co robię. Zupełnie o tym zapomniałam, przypomniało mi się dopiero gdy K. powiedział dziś że słyszał że miałam spięcie z Grekiem ostatnio.  A było to tak, że powiedziałam mu, żeby uważał bo mam w ręku nóż, na co on spojrzał na ten nóż i powiedział, że nie udałoby mi się zabić go tym nożem bo jest za mały. Chociaż myślę, że bardziej dziwiło go to, że chciałam go zabić tym samym nożem którym przed chwilą kroiłam pomarańczę. Co jest niehigieniczne i niezgodne z kuchennymi zasadami.

Dyskutowaliśmy też ostatnio na temat owoców.

Grek:
- a wiecie, że pomidor to owoc?
Ja:
- tak, ogórek to też owoc
Grek:
- nie, ogórek to nie owoc
Ja:
- z biologicznego punktu widzenia ogórek to owoc
Grek:
- nie

Dalsza dyskusja nie miała sensu bo Grek nigdy nie ustępuje. No chyba, że po godzinie namówisz go do wygooglania. I oczywiście nie liczy się tu, że to ja studiuję biologię, a on automatykę.
Jak widzicie dużo radości nam przynosi nasz dar Boga – Theodor.

„His proper English – devoid of any slang – is good enough for classes but not for intimacy. And his jokes, when translated, are no longer funny. The world is going on without me, he tells himself” – mniej więcej tak się czuję.

ale przynajmniej nie jest tak:

Basia:
I co jej powiedziałaś?
Kinga:
ze jest rude
Kinga:
i ze mam dosc tego ze bully wszystkich

Rozpoczęłam pracę w laboratorium. Mam pod opieką stado przesympatycznych nicieni. Myślę, że opieka to jedna złe słowo, bo wszystko zabiegi, jakim poddaję moje nicienie, prędzej czy później doprowadzają do ich śmierci. Niby nie powinnam mieć wielkich wyrzutów sumienia, bo skoro pozostało im tylko 7 dni życia, to co to za różnica, ale jednak gdy życie trwa łącznie dni 11, to sprawa wygląda nagle zupełnie inaczej. Widzicie moi drodzy, jakie wszystko jest względne?
Pierwszy dzień w laboratorium był jak przedsionek piekła, pracowałam bez przerwy przez 6,5 godziny. Dosłownie bez przerwy. Nie mogłam pójść nawet do toalety, ponieważ robiłam 5 rzeczy jednocześnie, a do tego pracowałam na (jeszcze) żywych nicieniach, więc ze wszystkim trzeba było się spieszyć. Gdy o 20.30 wróciłam do domu chciałam tylko umrzeć. Ale z każdym następnym dniem robiło się coraz lepiej. Teraz wiem już co gdzie jest, co jak działa i nawet zaczynam rozmawiać z moim opiekunem na tematy pozazawodowe.
Tak więc, nie jest tak źle na tym zachodzie całym, ale nie jest też tak dobrze.

No i przeszłam na dietę, bo uznałam, że jednak picie piwa i opychanie się frytkami może pokrzyżować moje plany bogatego zamążpójścia. Chociaż może się mylę, bo przecież nie od dziś wiadomo, że „baba gruba – chłopa chluba”.

Piosenka na dziś:
Glen Hansard and Marketa Irglova – When Your Mind’s Made Up



  • RSS