Ciągle pada. W Belgii obudzona w środku nocy i spytana o pogodę na jutro, mogę powiedzieć, że będzie padać i jest prawie pewne, że trafię. Ale nie będę pisać o pogodzie „cause I’m never gonna stop the rain by complaining” jak śpiewa B. J. Thomas.

Urodziny były bardzo miłe. Mimo, że w tym wieku już nie powinny mnie cieszyć. Pierwszą osobą, która mnie ucałowała z okazji urodzin była… pani z policji. Przyszła rano, żeby potwierdzić, że mieszkam tam gdzie napisałam, że mieszkam, rejestrując się w urzędzie miasta. Posiedziałyśmy chwilę w kuchni, pogadałyśmy, a gdy podałam jej paszport i okazało się, że dziś są moje urodziny wykrzyknęła, że w takim razie musi mnie koniecznie ucałować, co od razu zrobiła. Taki to właśnie kraj. W Polsce nigdy nie przychodzą policjanci, żeby mnie urodzinowo ucałować (a mogli to zrobić już 23 razy).
Nie było tortu i świeczek, ale zgasiłam zapałkę. Tylko nie jestem pewna czy pomyślałam życzenie bo gasić trzeba było szybko zanim płomień zaczął trawić rękę trzymającego (zastępującego w tym dniu tort).
Takie to belgijskie urodziny.

Weekend za to spędziłam czytając o nicieniach którymi będę się zajmować w tutejszym laboratorium. I byłam po raz pierwszy w pralni i muszę przyznać, że rzeczywiście jest to idealne tło do jakiejś romantycznej historii. Gdyby nie to, że kosztuje 4 euro to pojawiałabym się tam co tydzień, a tak to następna szansa na pralniowy romans pewnie za jakieś 2-3 tygodnie.
Stay tuned!