turkusowy-sweter blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2009

Dobre: gorąca czekolada podawana na śniadanie w hotelu, Müllermilch – smak orzechowy, malinowy Diät Quark
Już nie takie dobre: Fleischsalat, Kartoffelsalat oraz sałatka krewetkowa z Penny Marktu

Ale najgorsze ze wszystkiego było połączenie Fleischsalat z malinowym Diät Quarkiem co popełniłam przed chwilą, jako że wróciłam z zajęć bardzo głodna i postanowiłam zjeść na raz wszystko co sobie zakupiłam na obiad. Gdy okazało się, że Fleischsalat jest wyjątkowo niesmaczna natychmiast zabrałam się za jedzenie malinowego twarożku, aby zabić smak sałatki.
Bardzo dziwnymi torami podążają moje myśli, gdy jestem głodna.
Poza tą wspaniałą podróżą kulinarną (bardzo możliwe, że okaże się być to podróż w dwie strony), zabiłam dziś pantofelka i oglądałam pod mikroskopem jego agonię. Powiem wam, że wcale nie jest tak łatwo zabić pantofelka, musiałam parę razy przyciskać go szkiełkiem nakrywkowym i zabierać mu wodę chusteczką, aż w końcu pękł (dosłownie) i zaczęły się wylewać z niego różne różności. Myślę, że karma dopadła mnie w postaci dzisiejszego obiadu. Mam nadzieję, że morał tej historii jest dla każdego jasny. 

Teraz powinnam się uczyć, ponieważ jutro mamy egzamin końcowy, ale boli mnie brzuszek i nie wiem czy czytanie o ewolucji widłaków przyniesie mi ulgę.

Piosenka na dziś:
Erykah Badu & The Roots – You got me


Dziś zabrano nas na odkrywkę, gdzie każdy mógł odkopać sobie dinozaura. Mi udało się wydzióbać za pomocą młotka tylko parę amonitów i to niezbyt urodziwych. Mimo wszystko jestem z siebie bardzo dumna i uważam, że amonit jest dobry na początek mojej paleobiologicznej kariery (aczkolwiek Słowenka znalazła rybkę, więc trochę jestem wkurzona).
Dziewczynka od widelca spina już włosy gumką.
Jestem przeziębiona, więc postanowiłam nie iść na przyjęcie u Rene (to nie jest chyba niemieckie imię?). Wzięłam magiczne pastylki poprawiające humor i zamierzam spędzić piątkowy wieczór w piżamce z książką. Niedługo dostanę od Dunki książkę, którą znalazła na ławce w Edynburgu w ramach bookcrossingu. Idea bookcrossingu wydaje mi się bardzo ekscytująca.
To tyle.

Piosenka na dziś:
Nouvelle Vague – So Lonely

Stało się to, co było zapowiadane od dawna. Wyjechałam na trzy tygodnie do Niemiec. Najpierw pojechałam z trójką znajomych do Berlina, aby wreszcie zrobić sobie wspaniałe zdjęcie z Reichstagiem w tle. Niestety w natłoku atrakcji oferowanych przez to miasto o zdjęciu zapomniałam. Będę więc musiała wrócić i mam nawet dokąd. Jako, że zmuszona byłam do dużych oszczędności postanowiłam nie zatrzymywać się z moimi znajomymi w tęczowym hostelu (Regenbogenfabrik) tylko znaleźć przez hospitality kogoś, kto mnie przyjmie do siebie. Mimo sporej liczby wysłanych zapytań udało mi się znaleźć tylko jednego hosta, który mógł mnie przyjąć na trzy dni, jako, że później wyjeżdżał do Bawarii, ale dobre i to. Zatrzymałam się więc u Juliana, który ze względu na posiadanie polskich rodziców w miarę dobrze mówił po polsku (oczywiście zdarzały się wpadki jak: „życzę wam dobrego głodu”). Tak więc pierwszy berliński wieczór spędziłam przy Tyskim zakupionym specjalnie dla mnie (abym czuła się jak w domu) z Julianem i jego bratem. Następnego dnia przyjechał jeszcze ojciec Juliana, ochrzczony przeze mnie i moich znajomych na potrzeby moich opowieści Marianem-Stefanem (była to sprytna koncepcja koleżanki A., która uznała, że skoro imiona synów kończą się na -an to ojciec na pewno też takie imię nosi). Gdy wróciłam do domu Juliana nie było, więc zostałam zaproszona przez Mariana-Stefana na wspólne jedzenie polskich śliwek w kuchni. Okazało się to jednak podstępem, który miał na celu zwabienie mnie do kuchni gdzie Marian-Stefan wyciągnął z kieszeni kserówkę z fragmentem jakiejś polskiej lektury i rozpoczął czytanie, a ja miałam zgadywać co to. Na szczęście Marian-Stefan najprawdopodobniej nigdy nie był nauczycielem i podczas czytania trzymał kartkę tak, że mogłam zobaczyć, iż jedna z postaci nosi imię Balladyna. No i dzięki temu szwindlowi zdałam test (uprzedzając pytania – tak jest mi wstyd). Żyło nam się cudownie w tej prawie polskiej (współlokatorka Juliana była jedynym prawdziwie niemieckim elementem) komunie, ale czas rozstania nieubłaganie się zbliżał. Okazało się, że Julian wyjeżdża do Bawarii, aby stamtąd lecieć na pół roku do Ameryki Płd. Ostatniego wieczora oddałam więc Julianowi klucz który wcześniej dostałam, ale Julian zwrócił mi go mówiąc, że właśnie rozmawiał ze swoją współlokatorką i jeśli chcę to mogę tu zostać do końca mojego pobytu w Berlinie. Współlokatorka też wyjeżdża, więc będę w mieszkaniu sama. Oczywiście przystałam na tę propozycję i tak oto przez parę dni mogłam poczuć się jak posiadaczka m3 w Berlinie. Podróż z Berlina do Stuttgartu na tylnym siedzeniu Audi A4 odbyła się dzięki wspaniałemu serwisowi jakim jest Mitfahrzentrale.
W Stuttgartcie okazało się, że najprawdopodobniej ludzie odpowiedzialni za sprawy finansowania nauki w UE zrozumieli jak ważni dla świata są młodzi biolodzy i zostaliśmy zakwaterowani w bardzo ładnym hotelu (bez „s” po „o”), więc chwilowo wreszcie czuję, że jestem w odpowiednim dla księżniczki miejscu. Dziś pani z recepcji pożyczyła mi kabel do Internetu i tak oto mogłam się wreszcie połączyć ze światem. Za chwilę niestety będę musiała połączyć się także ze światem nauki i zacząć czytać artykuły o interakcjach między roślinami i owadami zapylającymi, albowiem niestety okazało się na dzisiejszych zajęciach, że mój botaniczny angielski nie istnieje. Tak więc i tym razem wrócę z Niemiec z o wiele bogatszym słownictwem, dzięki czemu będę mogła prowadzić niezwykle fascynujące konwersacje, na temat płatków, przylistków i widłaków, z poznawanymi obcokrajowcami.
Ostatnia rzecz, o której jeszcze nie wspomniałam to inni uczestniczy kursu. Poza mną z Polski są jeszcze trzy osoby, z których jedna to doktorant wiedzący wszystko na każdy temat i znający się na wszystkim najlepiej, a do tego wyglądający jak Dudley Dursley z Harrego Pottera. Polacy bardzo dużo narzekają i przeważnie są niezadowoleni. Pierwsze pytanie, jakie zostało mi zadane po pierwszym dniu zajęć to: „i co? załamana?”, moja odpiwedź „nie, dlaczego?” została potraktowana jako wyszukana ironia i skwitowana porozumiewawczym uśmiechem. Resztę grupy stanowią głównie Niemcy (poza Słowenką i Dunką) i jest to w tym roku bardzo sympatyczna grupa. No dobra… trochę boję się dziewczynki, która dziś przyszła na zajęcia z widelcem wsadzonym we włosy.

Piosenka na dziś:
Aretha Franklin – Don’t play that song

Elefanten

1 komentarz


Byłam dziś w ZOO z moją najlepszą przyjaciółką (nie piszę tak wcale dlatego, że dziś dostała adres tego bloga;)), którą dalej będę nazywać Rudą Grażyną. Wyjście do ZOO miało mieć działanie terapeutyczne, jako że obie zmagamy się z wizją staropanieństwa oraz bezrobocia po uzyskaniu tytułu magistra biologii, a także obie jesteśmy na diecie (teraz pewnie pomyślicie, że Ruda Grażyna to moja wyimaginowana przyjaciółka, ale wcale tak nie jest… mam przynajmniej taką nadzieję), a jak wiadomo nic nie robi lepiej na wszystkie smutki jak oglądanie zwierzątek w klatkach. Niestety to, co miało uleczyć nasze dusze przerodziło się w prawdziwy koszmar, kiedy pod koniec wycieczki skierowałyśmy się do wybiegu dla słoni. Ruda Grażyna jakby przeczuwając nieszczęście mówiła, że nie lubi słoni bo są brzydkie. Ja jednak chcąc ją wyleczyć z moim zdaniem nieuzasadnionej niechęci do słoni, zaciągnęłam ją do tego wybiegu. Stałyśmy więc oglądając oraz komentując słoniową fizjonomię i wtedy zauważyłam coś co na początku wydało mi się trąbą, ale trąbą jednak być nie mogło bo było nie z tej strony. Tajemnicza druga trąba, jak się pewnie domyślacie, okazała się być ogromnym penisem (gdy uznałam go za ogromnego sięgał zaledwie do połowy słoniowych nóg). Zachwycona tym widokiem wyraziłam nadzieję na zobaczenie aktu seksualnego w wykonaniu tych ogromnych zwierząt (no wiecie, jestem biologiem). I tak jak moje prośby związane z życiem uczuciowym czy sprawami finansowymi są spełniane z niezwykłą opieszałością lub w ogóle nie są spełniane, tak moje życzenie wypowiedziane przy wybiegu dla słoni zostało spełnione w niemalże tym samym momencie (jeśli okaże się, że miałam jakiś limit życzeń i właśnie go wykorzystałam to będę bardzo wkurzona). „Druga trąba” zaczęła powiększać się sięgając teraz już prawie do ziemi, pani słonicy z dróg rodnych wypłynął jakiś litr śluzu i nastąpiła krótka kopulacja przerwana przez najwyraźniej znudzoną samicę, która postanowiła odejść na drugi koniec wybiegu dając tym samym do zrozumienia panu słoniowi, że na dziś to by było na tyle. Jednak wiadomo jak to jest z mężczyznami i aluzjami. Pan słoń niezrażony poszedł za swoją wybranką i najwidoczniej w trakcie tego spaceru przemyślał parę spraw, co zaowocowało podjęciem decyzji o przeprowadzeniu tym razem gry wstępnej za pomocą trąby (tej prawdziwej trąby), czyli tzw. trąbówki. Na pani słonicy jednak nie robiło to najmniejszego wrażenia i leżała dalej nie zamierzając dopuścić do siebie pana słonia. Wtedy przyszła druga pani słonica, która stanęła nad pierwszą panią słonicą, wypięła się i była chętna przyjąć zaloty pana słonia. Jednak pan słoń najwyraźniej nie był zainteresowany, czego wyraz dał robiąc ogromną kupę. I tak się to wszystko skończyło.
No i niestety moi drodzy, może nie będę dobrym biologiem, ale byłam tym całym aktem bardzo zniesmaczona i bardzo boli mnie to, że gdy zamknę oczy nadal to wszystko widzę. Na szczęście Ruda Grażyna podziela moje zniesmaczenie (nie, nie jesteśmy jedną osobą), więc na pewno jakiś morał jest z tej historii, ale nie wiem jaki.
Jedyne co pozostaje mi powiedzieć to: be careful what you wish for because you just might get it.

Piosenka na dziś:
Dido – Thank you (ze specjalną dedykacją dla Rudej Grażyny)

Miałam iść dziś wcześniej spać, albo chociaż wcześniej wejść do łóżka i w nim leżeć czekając na sen (ten do dziewiątej lub ten wieczny). Niestety zawsze, gdy sobie tak postanowię, moi sąsiedzi zapraszają wszystkich swoich znajomych, włączają bardzo głośno muzykę i nie wiem co robią. No bo co się robi jak nie można rozmawiać?
No i tak oto przypomniało mi się, że ostatnio umarłam blogowo. A szkoda, bo mimo, że teraz nikt tego nie czyta to po mojej śmierci na pewno będą czytać to miliony. A gdybym chciała zawieść miliony to bym została politykiem. Jeśli o politykach mowa to śnił mi się ostatniej nocy pan Michał Kamiński z PiSu… bardzo niepokojący sen. Tej nocy spodziewam się w snach pana Michała Rachonia przebranego za penisa („Putin to penis”).


Wróciłam z autostopowej podróży do Macedonii. Jestem w trakcie przepisywania naszych przygód z dziennika pokładowego do Worda. Ale wiadomo jak jest. Więc pewnie wspomnienia te pojawią się w okolicach Bożego Narodzenia razem z małym Jezuskiem i kto wie może wleją nam wszystkim, tyle samo co i on, szczęścia do serduszek.
Ale w wielkim skrócie (taki przedsmak), wygląda to tak:
W pierwszą stronę: Polska-Słowacja-Węgry (noc na granicy)-Rumunia (noc u rumuńskiej rodziny w ogrodzie)-Bułgaria (noc na dworcu w Sofii)-Macedonia (pięć nocy i sześć cudownych dni w Ohrid); propozycje seksu: 0, numery telefonów do nowych przyjaciół: dużo.
W drugą stronę: Macedonia (noc we wspaniałym górskim klasztorze, dzięki uprzejmości miłego pana Macedończyka)-Bułgaria (noc na dworcu kolejowym) – Rumunia (pół nocy na dworcu w Rumunii, następna noc w hostelu w Sibiu, następne trzy noce i trzy wspaniałe dni u koleżanki w Iasi)-Ukraina (noc w pociągu do Lwowa, następna noc we Lwowie u chłopaka poznanego przez hospitality)-Polska; propozycje seksu: 2 (przyjęte czy odrzucone, tego dowiemy się w następnym odcinku).

Ze spraw bardziej aktualnych to:
1. Jutro kończę wakacyjny kurs niemieckiego, a więc znów o krok bliżej do ślubu z bogatym Niemcem
2. 14 września jadę do Niemiec (cel powinien być jasny a jeśli nie jest to patrz punkt 1)
3. W Niemczech poszukiwanie męża będę niestety musiała przerywać chodzeniem na zajęcia, ale kto wie, może moim mężem zostanie pan Staniczek prowadzący zajęcia na temat ewolucji owadów uskrzydlonych (czy Staniczek to niemieckie nazwisko?)

A w ogóle to jest do dupy bo jestem starsza niż młodsza.

Piosenka na dziś:
Beirut – Nantes

Piosenka na każdy dzień:
Fiona Apple & Elvis Costello – I want you


  • RSS