turkusowy-sweter blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2009

porcelana

5 komentarzy

„Myślałam zimna, twarda będę jak stal, pomyliłam się bo jak porcelana krucha jestem”

Przetestujmy się!
www.akademiajezykapolskiego.pl

Potem będzie można się zadumać nad losem języka polskiego i obiecać sobie poprawę oraz regularne czytanie Mickiewicza, Miłosza i wszystkich na literę M.

Czas wracać do domu.

Piosenka na dziś: You’ve Got to Hide Your Love Away” w wykonaniu Eddiego Veddera

Udało mi się dolecieć do Londynu (mimo, że samoloty Wizz Airu to straszne bydłowozy i po raz pierwszy przygotowywałam się już w duchu do zakładania kamizelki ratunkowej).
Po moim pierwszym pobycie w Londynie (jakieś pięć lat temu) uważałam, że jest to najgorsze miasto na świecie. Brudne, drogie, przeludnione i nawet bezdomnym kradną tu buty (zobaczyłam bosego bezdomnego z karteczką, która głosiła, że ktoś ukradł mu buty). I taką wizję tego miasta nosiłam w sercu przez te pięć lat. Dlatego też nie byłam zachwycona gdy moja siostra oznajmiła że wyprowadza się do Londynu, ale jako, że siostrę kocham postanowiłam mimo dumy i uprzedzenia pojechać ją odwiedzić. I stała się rzecz niesłychana. Zakochałam się w Londynie. Nadal uważam, że nie jest to miasto w którym mogłabym mieszkać (chociaż nie jestem tego już taka pewna jak kiedyś), ale bardzo Londyn polubiłam. I nieprawdą jest że nie ma takiego miasta – Londyn i jest tylko Lądek lub Lądek Zdrój!
Nigdy nie lubiłam uogólnień, ale trudno nie dostrzec zasadniczych różnic między Warszawą (i większością miast w których byłam) a Londynem. To co od razu mnie uderzyło to, to że w Londynie ludzie zachowują się o wiele spontaniczniej, częściej się do siebie uśmiechają (w Warszawskim metrze tylko raz ktoś się do mnie uśmiechnął, a jeżdżę nim często… ale to może też być wina mojej nieprzyjemnej powierzchowności), a w autobusach jest głośno (tym głośniej im bliżej jest się południowej części miasta). Nie wiem dlaczego tak jest, może dlatego, że jest tu więcej młodych ludzi i mniej babć które uciszają innych w autobusie, gdy nie da się już zupełnie skupić na tajemnicach różańca, a może to wynik mieszanki kultur i temperamentów, a może i to i to. Cokolwiek by to było sprawia, że chodząc po ulicach Camberwell, gdzie stanowię białą mniejszość, czuję się o wiele swobodniej niż w rodzinnej Warszawie.
Poza tym to co mi się też bardzo podoba w Londynie to to, że o wiele więcej się tu dzieje niż w Warszawie, jest dużo rozmaitych klubów, stowarzyszeń itp. do których można wstąpić, w większości muzeów wstęp jest za darmo, a w pubach jest o wiele weselej (i nie wolno palić!). W Warszawie tak fajnie robi sie tylko w lato, kiedy jest dużo plenerowych pokazów filmów, koncertów, festiwali itd.
No ale Londyn ma też swoje wady: jest brudno, strasznie tłoczno, no i sprawa transportu – światła zmieniają się jak chcą a ludzie przechodzą przez ulicę kiedy chcą, a ci którzy stoją na czerwonym i czekają na zielone na 99% są turystami, autobusy jeżdżą też jak chcą (nie widziałam ani razu aby pan kierowca zamknął komuś drzwi przed nosem, tu czeka się na wszystkich, tak więc trzeba uzbroić się w cierpliwość czekając na autobus czerwony), można pójść do metra, ale tu z kolei ludzie nie mają tej magicznej zdolność kompresji, którą już w pewnym stopniu posiedli Warszawiacy, a której sekretem jest przesuwanie się w wagonie ku środkowi, a nie stanie przy drzwiach. Tak więc, w godzinach szczytu do metra raczej ciężko wsiąść, mimo iż w wagonach jest dużo wolnego miejsca. No i też wysiadanie na chwilę z autobusu, znane i lubiane w Polsce, aby przepuścić innych którzy chcą wysiąść, nie jest tu zupełnie popularne. Można wręcz być uznanym za zboczeńca i wichrzyciela gdy się coś takiego zrobi. Tak więc są plusy i minusy. Jak zawsze.

A no i byłam w Muzeum Historii Naturalnej i widziałam Płetwala B., ale wcale nie miał moim zdaniem 28 metrów, góra 10, a poza tym tuż przed nim padły mi baterie w aparacie więc ogólnie jak to zwykle bywa – biednemu wiatr w oczy.

Piosenka na dziś:
„Don’t give up on me” – Solomon Burke

lambada

3 komentarzy

Gdy byłam w wieku przedszkolno-wczesnopodstawówkowym furorę robiła piosenka „Lambada” (robiła furorę przez parę dobrych lat), a razem z nią spódniczki lambadówki. Spódniczki takie miały fajne grube czarne gumki i na tych gumkach często było napisane „lambada” i mogły mieć frędzle a mogły ich nie mieć (opisuję lambadówki, które nosiło się u mnie na osiedlu i które miały się nijak do prawdziwych lambadówek w których tańczy się lambadę, ale ja i moja siostra o tym nie wiedziałyśmy). Każda dziewczynka chciała mieć lambadówkę. To był czas, kiedy moja mama jeszcze lubiła szyć i któregoś dnia mama kupiła taką super czarną gumkę i uszyła mi i mojej siostrze po lambadówce. I powiem wam jedno. Nasze lambadówki były najfajniejsze i najfajniej się kręciły. Wiedziałyśmy o tym my i wiedzieli o tym wszyscy.

I teraz, kiedy jestem zestresowana wyjazdem do Londynu, piosenka „Lambada” znów robi furorę (w moim mieszkaniu).

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego to wszystko opisałam. Otóż moi drodzy, też się nad tym zastanawiam.

Piosenka na dziś:
Lambada – Kaoma

Zlokalizowałam głośnego sąsiada dzięki temu, że w dzień stał się jeszcze głośniejszy. Jako, że sobotę spędzałam ucząc się biologii molekularnej, postanowiłam stać się wkurwiającym panem Kaziem, który czepia się o wszystko i poprosić jednak sąsiada, aby przyciszył muzykę. Byłam trochę zestresowana i przygotowywałam się na kłótnię i bijatykę. Ale nic takiego się nie stało. Sąsiad otworzył drzwi ja spytałam czy można by ściszyć muzykę, on akurat miał pilota do wieży w dłoni, ściszył i spytał czy tak może być, ja powiedziałam, że tak i tyle. Do drugiego sąsiada wysłałam z kolei maila, żeby zapłacił mi wreszcie za internet. Chciałabym mieć jednak też takich sąsiadów, z którymi się lubię. Wtedy mogłabym im przynosić muffiny, które piekę pasjami i których nie ma kto jeść, a oni mogliby mnie wozić do sklepu samochodem i wtedy mogłabym robić duże zakupy na cały miesiąc.
Zrobiłam test sensu życiowego z wynikiem 74 punkty, co plasuje mnie wśród ludzi cierpiących z powodu frustracji egzystencjalnej, ale brakuje mi tylko 6 punktów żeby mieć tylko obniżenie poczucia sensu życia. Więc, może za sens mojej egzystencji obiorę sobie poszukiwanie fajnych sąsiadów. Mój blok ma 16 pięter, więc jak dobrze to rozplanuję to możliwe, że zajmie mi to całe życie.

Wczoraj wieczorem wreszcie uznałam, że jestem śpiąca i chyba będę dobrze spała. Ale niestety któryś z moich sąsiadów miał tej nocy potrzebę przesłuchania całej płyty Piotra Rubika. No i z tego, co słyszę dziś znów pojawiła się ta potrzeba.
A ja nie potrafię zlokalizować, który to sąsiad, żeby mu móc nastukać.
A po suficie łażą mi jakieś muchy.

Ja pierdolę.


  • RSS