Po wdzięcznym oblaniu egzaminu na prawo jazdy postanowiłam udać się na zasłużone wakacje. Wybór padł na mazurskie miasteczko Pasym. Na początku wyglądało na to, że w Pasymiu nic nie ma: od ludzi poczynając a na polu namiotowym kończąc. Było za to sporo cmentarzy, co podsunęło nam pewną smutną teorię dotyczącą tego gdzie są wszyscy Pasymianie.
Okazało się jednak, że nic nie wpływa tak dobrze na zdolność percepcji jak zaspokojenie podstawowych potrzeb fizjologicznych. Tak, więc po skorzystaniu z toalety i skonsumowaniu posiłku (odbyło się to w pewnym oddaleniu czasowym i przestrzennym), udało nam się zinterpretować i zespolić w jedną całość docierające do nas bodźce słuchowe i wzrokowe, który to proces zakończył się odnalezieniem nielicznych bytów ludzkich oraz kempingu PTTK „Kalina”, gdzie rozbiłyśmy nasz namiot i skąd wyruszyłyśmy wyspane i odświeżone na podbój Pasymia.
Niestety w Pasymiu do podbijania za wiele nie było, zadowoliłyśmy się, więc zjedzeniem obiadu i sprawdzeniem, o której godzinie odjeżdża PKS do Gdańska, dokąd postanowiłyśmy dnia następnego uciekać.
Przełomowy moment naszego wyjazdu miał jednak za chwilę nastąpić i zupełnie odmienić losy tej wycieczki. Wracając do kempingu „Kalina” drogę zajechał nam tajemniczy rowerzysta.
- O znów się widzimy – zagadnął nas (wystarczy przejść dwukrotnie przez Pasym, żeby „znów się widzieć” z każdym zdolnym do poruszania się jego mieszkańcem)
Jako, że była to pierwsza osoba w zbliżonym do nas wieku (jak się później okazało dokładnie w moim wieku), którą spotkałyśmy w tym uroczym miasteczku, postanowiłyśmy wykorzystać tę okazję i wypytać o rozrywki oferowane turystom przez Pasym i okoliczne miejscowości. I to był nasz błąd. Skazałyśmy się na dwie godziny mazurskiego słowotoku rowerzysty Krzysia, podczas którego nie padła odpowiedź na prawie żadne z zadanych przez nas pytań. Na szczęście o godzinie 22 zamykane były bramy naszego kempingu i Krzyś musiał przerwać swoją barwną opowieść o wszystkich swoich znajomych, pani od biologii i pięciorgu rodzeństwa w tym młodszym bracie zawodowym strażaku. Ale przed wyjściem dał nam swój numer telefonu i obiecał przyjechać po nas następnego dnia rano wraz z kolegą Cienkim i zawieźć nas na inny ciekawszy kemping.
Rano okazało się, że mamy pewne problemy ze wstaniem, które mogły być spowodowane niską temperaturą w nocy (co zmusiło nas do ubrania się w połowę ubrań zabranych z domu, a w przypadku mojej siostry we wszystkie ubrania oraz spowodowało liczne przerwy w śnie) lub strasznymi opowieściami, którymi raczyłyśmy się w ciemnym namiocie rozstawionym na prawie pustym polu namiotowym przy samym jeziorze pełnym glonów, które jak pewnie wiecie mają w nocy przykrą skłonność do zamieniania się w glonowe zombie. Skutkiem naszego zaspania było przegapienie autobusu do Gdańska i odwołanie Krzysia wraz z samochodem, który miał nas zawieźć do lepszego świata. Ale po wyjściu z namiotu i spojrzeniu na jezioro Kalwa nad brzegiem, którego znajdowała się nasza rezydencja uznałyśmy, że w zasadzie nie jest źle. Będziemy się opalać, czytać książki i pływać na kajakach. Jedynym problemem były glony które zarastały początkowy odcinek jeziora przy naszej plaży i powodowały, że wchodzenie do jeziora było doznaniem raczej nieprzyjemnym. Ale tym postanowił zająć się nasz mazurski bohater Krzyś, którego zastałyśmy wracając z obiadu, przy naszym namiocie z grabiami i zapałem do wyciągania glonów z jeziora. Za wyciąganie glonów z jeziora Krzyś wytargował od pani Kaliny z kempingu (nazywanej przez nas panią Kaliną w wyniku prostego skojarzenia z nazwą kempingu) możliwość darmowego korzystania z kajaków i zabrał nas na wycieczkę po jeziorze. Wieczorem z kolei zorganizował ognisko, na które zaprosił między innymi mieszkańców drugiego (i ostatniego) namiotu z naszego pola namiotowego. Okazało się, że mieszkańcy tego namiotu są z Warszawy i mamy dużo wspólnych znajomych. Krzyś w kajaku oświadczył się mojej siostrze, ale ta oświadczyny te odrzuciła po tym jak Krzyś schował na ognisku musztardę i wyjął ją dopiero po skończonej konsumpcji kiełbasek. Po dwóch dniach pod namiotami postanowiłyśmy zakończyć tę przygodę i wrócić do Warszawy. Nadal bez mężów, ale teraz jeszcze opalone i pogryzione przez komary.
Ale cóż „za dyskomfort trzeba płacić” jak to mawiał Krzyś.

Piosenka na dziś:
Nigdy więcej nie tańcz ze mną – Ania Dąbrowska