|
stuletnie jajo Powróciłam z Belgii. Rozpaczy nie ma końca. Wszystko wydaje się być nie tak. Okazało się, że wszystko, za czym tęskniłam, tak naprawdę nigdy nie istniało i zostało wyprodukowane przez mój chory umysł szukający ukojenia podczas deszczowych dni na emigracji. Ludzie w Polsce wcale nie są piękniejsi niż cała reszta (szczególnie chłopcy), wcale nie są bardziej otwarci i nie uśmiechają się do wszystkich ludzi, zwierząt i roślin pozdrawiając cały świat i chwaląc stwórcę. Są to ludzie jak ludzie, z tą jedyną różnicą że prawie wszyscy noszą sandały (plus skarpety na chłodniejsze dni). Tak więc, szybko rozprawiłam się z mitem Polski jako Wunderlandu i próbuję jakoś z tym żyć. Aby nie oszaleć zajmuję się różnymi ważnymi sprawami, jak próba odnalezienia mojego learning agreement (nie ma go w Polsce, więc prawdopodobnie jest w Belgii), aby uzyskać wreszcie absolutorium, które otworzy mi drogą to obrony pracy magisterskiej (której jeszcze nie napisałam). Wczoraj jako dobra córka urządziłam mojej mamie urodzinowy obiad. Gotowałam w stylu chińskim, w ramach wykorzystywania umiejętności zdobytych na Erasmusie (tak, moja wielka, romantyczna soap opera zakończyła się w stylu chińskim ale bez happy endu, za to z obietnicą przyjaźni na wieki wieków). Podczas gotowania znalazłam w lodówce coś ciekawego, co zostawiła moja babcia, najwidoczniej chcąc zrobić mi przyjemność i wiedząc jak bardzo jestem teraz zainteresowana azjatycką kuchnią. Nie wiem czy moi drodzy czytelnicy wiedzą czym jest stuletnie jajo. Jako, że mój chiński narzeczony bardzo chciał ze mnie zrobić prawdziwą Chinkę, uczył mnie mówić po chińsku, jeść pałeczkami i gotować w chińskim stylu, to także dane było mi spróbować stuletniego jaja. Wygląda bardzo ładnie, smakuje dziwnie, ale ogólnie jest ok. Natomiast to co było w mojej lodówce nie było ok. Myśląc że to świeże jajko rozbiłam je i znalazłam w środku małą ilość okropnie śmierdzącej, czarnej breji. Moja rada na dziś: jeśli akurat nie macie roztworu z gliny, niegaszonego wapna, soli, herbaty i łusek ryżowych, to nie przetrzymujcie jajek zbyt długo! Pozdrawiam i całuję czule, 芭芭拉 Piosenka na dziś: http://www.youtube.com/watch?v=Q2jLQ7VGIgA (o wilku zakochanym w owcy - w Chinach dzieją się bardzo dziwne rzeczy) turkusowy-sweter 2010-07-08 13:57:15 skomentuj (1) Awkward silence S. (Belg): A jak smakuje mięso z kota? P. (Chińczyk): Moja babcia mówi, że podobnie do ludzkiego. Krępująca cisza. turkusowy-sweter 2010-06-16 00:37:35 skomentuj (3) multiculti Zakończyłam mój niepokojący i depresyjny romans z mrocznym K. z Polski, który najlepiej czuł się w ciemnym pokoju słuchając Cradle of Filth. Myślałam, że dorośli ludzie nie słuchają tego zespołu (?). Przerzuciłam się od razu na wesołych ludzi z różnych ciepłych krajów. Zaczęłam od wycieczki do Brukseli gdzie przez Hospitalityclub znalazłam sobie bardzo miłego przewodnika, który okazał się być Nigeryjczykiem od 9 lat mieszkającym w Belgii. Spędziliśmy cudowny dzień, poszliśmy do Atomium, obejrzeliśmy kościół na który można nasikać (publiczne pisuary, rzecz bardzo powszechna w Belgii, wbudowane są w ścianę kościoła), obejrzałam cały sikający brukselski trójkąt, czyli: sikający chłopiec, dziewczynka i pies (tak, tak, jest też dziewczynka i pies), poszliśmy na mały window-shopping do dzielnicy czerwonych świateł, a potem poszliśmy do pubu gdzie dołączyła do nas kolejna dziewczyna z Hospitalityclub - Belgijka z korzeniami w Ghanie, mająca polskiego chłopaka i uwielbiająca krupnik (!). Piłam piwo o smaku mango podawane w miskach, a na koniec mój nigeryjski przewodnik dał mi wielką paczkę czekoladek i odprowadził na pociąg do Gent. Do Gent przyjechała do mnie Ruda Grażyna i dzięki kaszlącemu wulkanowi została tu dłużej niż było to w planach. W czasie jej pobytu mój niepokojąco powiększający się tyłek przyciągnął kolejnych dziwnych ludzi. Rano, gdy zobaczyłam, że skończył się nam papier toaletowy, jako przykładna pani domu wybiegłam w bluzie, bez makijażu do sklepu i wracając z wielką paką papieru pod pachą poznałam przemiłego dealera narkotyków z Surinamu. Stał pod piekarnią i zagadał do mnie po niderlandzku, ale gdy powiedziałam, że nie mówię po niderlandzku od razu przerzucił się na angielski i postanowił odprowadzić mnie do domu, w czasie czego wywiązała się bardzo ciekawa konwersacja. Thoma (bo takie było jego street name, wiecie, każdy gangster musi je mieć) spytał skąd jestem, gdy dowiedział się, że z Polski powiedział, że jego najlepszy przyjaciel jest z Polski. Spytałam więc jak to się stało, że jego najlepszy przyjaciel jest Polakiem, a on odpowiedział, że to było wtedy jak miał 17 lat, rzucił szkołę i handlował narkotykami no i Kamil akurat był w Belgii i chciał kupić zioło no i tak się poznali i okazało się, że bardzo dobrze się dogadują więc zostali przyjaciółmi. Najważniejsze to mocne fundamenty przyjaźni. Teraz chwilowo jestem uwikłana w Turecko-Chińską tragedię (zobaczymy w ilu aktach). Ale to temat na następną notkę, bo jednak muszę się tu też uczyć i właśnie lecę na uczelnię spędzić przemiło czas z klootzakami* z mojej grupy. * klootzak = asshole (a w zasadzie dosłownie to znaczy worek na jajka, czyli w Belgii jeśli kogoś nie lubisz nazywasz go moszną) Piosenka na dziś: Nina Simone - I put a spell on you turkusowy-sweter 2010-05-05 12:45:14 skomentuj (6) Why it feels so good to feel so sad? Jednym z powodów, dla których wyjechałam z Polski, była chęć ucieczki od problemów (nawet jeśli tylko na chwilę). Myślałam, że uda mi się odetchnąć od wszelkiego rodzaju problemów, od naukowych zaczynając - bo przecież wiadomo, że na Erasmusie się nie trzeba uczyć... ha ha! kochani, ostatnio tak zakuwałam na drugim roku studiów! Myślałam też, że przede wszystkim zostawię za sobą tę przedziwną siatkę romansów, którą zaczęłam tworzyć w mojej warszawskiej rzeczywistości i która nie dość, że wcale mnie nie satysfakcjonowała, to zaczęła doprowadzać mnie do furii. No więc i w tym wypadku poniosłam klęskę, a nawet chyba zaczęłam robić dookoła siebie o wiele większy emocjonalny bałagan, niż ten przed którym uciekłam. Wydaje mi się, że ja inaczej nie umiem. I'm only happy when it rains, I'm only happy when it's complicated. Konkluzja jest taka, że na dłuższą metę nie da się uciec przed problemami, bo jeśli tylko na chwilę się gdzieś zatrzymujemy to zaczynamy budować sobie te same problemy, które mieliśmy poprzednio, żeby poczuć się jak w domu. No chyba, że jest się cały czas w ruchu. Może jest tak jak jest napisane w Biegunach: zło ma największą moc, gdy człowiek stoi w miejscu? Piosenka na dziś: Mark Knopfler - Whoop De Doo PS. Tak, docierają do mnie informacje z Polski. Tak, jestem w szoku. Nie, nie zamierzam o tym pisać notki. turkusowy-sweter 2010-04-11 19:22:31 skomentuj (0) question mark "Do people cease loving someone when their perception of themselves changes?" turkusowy-sweter 2010-04-04 20:40:27 skomentuj (3) Meet me halfway, right at the borderline Dałam jeszcze jedną szansę belgijskim imprezom. Tym razem uznałam, że po prostu wpadnę na jednego drinka i po godzinie wrócę do domu. Ci co już swoje przeżyli pewnie domyślają się, że zostałam do szóstej. Było wspaniale. W Gent zaczęła się wreszcie wiosna, można było siedzieć przed klubem w bluzce na ramiączkach. No chyba, że się akurat nie miało takiej bluzki, to wtedy nie. Ja na szczęście miałam bo coś przeczuwałam. Z całego tego szczęścia postanowiłam zaprzyjaźnić się z Grekiem i myślę, że idzie nam świetnie. Dziś rano po pięciu godzinach snu i z niewielkim kacem tłumaczyłam mu na czym polega utwardzanie tłuszczów roślinnych oraz destylacja. W następnej lekcji chemii opowiem o powstawaniu kożucha na mleku. Oczywiście Grek i tak się wykłócał i mówił, że to nie tak, ale byłam nieustępliwa. Rozmawialiśmy o alkoholach i Grek stwierdził, że wino i Tsipouro (grecki wysokoprocentowy - ok.45% - alkohol) to jedyne naturalne alkohole, bo nie używa się do ich produkcji chemii i powstają same (?) No więc pytam jak to powstają same? A on na to że po prostu coś się dzieje z winogronami i powstaje alkohol. No to zaczynam tłumaczyć, że to fermentacja i że to drożdże tak działają, ale że jeśli Tsipouro jest takie mocno to musi być destylowane też. Na co Grek: desty co? I że nic takiego się na pewno nie dzieje. Bo to można robić w piwnicy nawet. Więc spytałam jak w takim razie się robi ten alkohol. Grek na to, że jest taki piec i się gotuje i potem się zbiera tę parę... Tak Theodorze, to właśnie jest destylacja. Ale mam poczucie misji. Zawsze kręcił mnie pozytywizm i praca u podstaw. "We know only four boring people. The rest of our friends we find very interesting. However, most of the friends we find interesting find us boring: the most interesting find us the most boring. The few who are somewhere in the middle, with whom there is reciprocal interest, we distrust: at any moment, we feel, they may become too interesting for us, or we too interesting for them."* *Samuel Johnson is indignant - Lydia Davis turkusowy-sweter 2010-03-19 20:31:33 skomentuj (4) Flanders Today K. czytając "Flanders Today": - O! Oni też tu mają dziury i mają je w dupie. Ludzie w Belgii są bardziej podobni do nas niż nam się wydawało. Moja siostra w końcu nie wytrzymała i zrobiła awanturę swojej współlokatorce. Wiadmo było, że tak się to skończy i dziwię się, że stało się to dopiero teraz. Ja myślałam, że trzymam nerwy na wodzy jeśli chodzi o naszego współlokatora Greka, który o wszystko pyta jednocześnie na wszystko mając odpowiedź. Pyta oczywiście tylko po to, żeby Ci powiedzieć, że tego się tak nie robi i że on wie lepiej (no albo, że w Grecji robi się to tak... chociaż wiadomo, że w Grecji się nic nie robi bo się strajkuje). Jednak zauważyłam, że od jakiegoś czasu Grek nie zadaje mi już pytań (mimo, że widzę, że czasami bardzo chce) i jakby mnie unika. I teraz mi się przypomniało, że przecież rzeczywiście zagroziłam mu, że go zabiję, kiedy ostatnio obierałam pomarańczę i zaczęłam od nacięcia skórki nożem a on spytał co robię. Zupełnie o tym zapomniałam, przypomniało mi się dopiero gdy K. powiedział dziś że słyszał że miałam spięcie z Grekiem ostatnio. A było to tak, że powiedziałam mu, żeby uważał bo mam w ręku nóż, na co on spojrzał na ten nóż i powiedział, że nie udałoby mi się zabić go tym nożem bo jest za mały. Chociaż myślę, że bardziej dziwiło go to, że chciałam go zabić tym samym nożem którym przed chwilą kroiłam pomarańczę. Co jest niehigieniczne i niezgodne z kuchennymi zasadami. Dyskutowaliśmy też ostatnio na temat owoców. Grek: - a wiecie, że pomidor to owoc? Ja: - tak, ogórek to też owoc Grek: - nie, ogórek to nie owoc Ja: - z biologicznego punktu widzenia ogórek to owoc Grek: - nie Dalsza dyskusja nie miała sensu bo Grek nigdy nie ustępuje. No chyba, że po godzinie namówisz go do wygooglania. I oczywiście nie liczy się tu, że to ja studiuję biologię, a on automatykę. Jak widzicie dużo radości nam przynosi nasz dar Boga - Theodor. turkusowy-sweter 2010-03-12 13:45:17 skomentuj (7) |
||||
|